Karmelizowany boczek i czekolada? Proszę bardzo!

O tym, jak kuchenne koszmary zamienić w długoletnią pasję, rozmawiamy z Pauliną, autorką Just My Deliciouskulinarnego bloga roku 2011.

Co sprawiło, że postanowiłaś założyć kulinarnego bloga?

Zaczęło się od sprawy dość prozaicznej. Po prostu nie umiałam gotować. Z domu co prawda wyniosłam wiedzę co i jak, ale w praktyce wychodziło to bardzo marnie. Wszelkie przypalone garnki, których sama nie dawałam już rady doszorować czekały na interwencję kryzysową M., który po którymś już z kolei nieudanym obiedzie dał mi delikatnie do zrozumienia, że powinnam umieć ugotować chociaż zupę pomidorową, która nie składa się jedynie z wody, ketchupu i makaronu gotowanego w tym samym garnku… Łatwo powiedzieć :) Zaczęłam więc poszerzać swoją wiedzę z zakresu gotowania zup, przyrządzania sosów, czy robienia klusek śląskich. M. natomiast udzielał mi wskazówek, w jaki sposób przyrządzać mięso, aby nadawało się do jedzenia (to na początek). Kiedy bazowe przepisy zostały przetestowane w kuchni z zaskakująco pozytywnym rezultatem, zdałam sobie sprawę, że poszukiwanie i studiowanie kolejnych receptur staje się dla mnie nudne i męczące. W związku z tym, następne dania coraz częściej powstawały na podstawie inspiracji zaczerpniętych z fotografii, czy własnych wyobrażeń smakowych i kolorystycznych. Mój dysk pękał w szwach od nadmiaru zdjęć przedstawiających tysięczny sposób stylizacji rosołu, który zaczynał mnie fascynować bardziej, niż najnowsza kolekcja Prady, czy niebotycznie wysokich szpilek YSL. Zaczęłam nawet robić zdjęcia samodzielnie przyrządzanym potrawom! Gdy stało się jasne, że nawet ja sama nie ogarniam skumulowanych przeze mnie zdjęć, a co dopiero dysk w moim laptopie, zapytałam M. co w takiej sytuacji zrobić. Myślałam raczej o zakupieniu dysku zewnętrznego, albo innego rozwiązania w tym stylu, jednak M. rzucił pewnie: „Załóż bloga”. I się zaczęło :) Początkowo blog miał pełnić rolę porządkującą zrobione przeze mnie dania. Poza tym chciałam mieć kiedyś możliwość powrotu do tych wszystkich zdjęć i pierwszych wypróbowanych przeze mnie przepisów, jednocześnie wspominając moją kulinarną metamorfozę, która zresztą trwa do dziś. Z czasem jednak, gdy Just My Delicious zyskiwało sobie coraz większą rzeszę osób odwiedzających i lubiących stało się jasne, że pierwotny zamysł założenia bloga musi zostać lekko zmodyfikowany. W ten oto pokrętny sposób stworzyłam coś, co stało się moją największą pasją.

Twoje przepisy charakteryzuje spora doza fantazji. Skąd czerpiesz pomysły?

Pomysły czerpię ze wspomnianych wyżej zdjęć, których nawiasem mówiąc wciąż przybywa. Cały czas uczę się gotować, metodą prób i błędów łączyć ze sobą różne, często tylko pozornie wykluczające się składniki. Uwielbiam eksperymentować! Karmelizowany boczek i czekolada? Proszę bardzo! Ulubiony ser pleśniowy i czekolada? Mniam! A może ryba z jabłkami? Robię! Bardzo często wykorzystuję też inspiracje przywiezione z podróży, czy to w postaci wspomnień, zdjęć, czy zapamiętanych smaków. Dla przykładu, tuż po powrocie z Holandii usmażyłam wyborne Oliebollen, Portugalia dla mnie to przede wszystkim smaki niesamowicie pysznych smażonych lodów, Norwegia bezsprzecznie kojarzy mi się z łososiem pod różnymi postaciami, przez co okazała się doskonałą bazą do stworzenia własnych potraw z tej genialnej ryby. Mediolan to dla mnie przede wszystkim wykwintne risotto Milanese, Belgia to wspomnienia wielkich gofrów z owocami, bitą śmietaną i polewą oraz rozmaitych trufli – szczególnie tych najprostszych, nieregularnych o smaku gorzkiego kakao, Niemcy kojarzą mi się z preclami, kiełbaskami oraz eggnog`iem , podczas gdy Szwajcaria z najpyszniejszą czekoladą na świecie, Irlandia z sosem miętowym, jagnięciną oraz Guinessem, Chorwacja z wielkim udźcem wędzonej szynki prosto z farmy rodziców przyjaciół, Rzym… Mogłabym tak długo :) Najważniejsze jest to, że te wszystkie smaki i obrazy nie giną gdzieś bezpowrotnie, lecz znajdują swoje miejsce w mojej pamięci, na dysku, by z czasem pojawić się na blogu, który ma być dla mnie takim właśnie zbiorem kulinarnych wspomnień, inspiracji i uniesień. Moim swoistym pamiętnikiem kulinarnym, do którego zapraszam wszystkich bez wyjątku.

A jaką kuchnię Ty lubisz najbardziej?

Dawniej powiedziałabym, że włoską, francuską, jednak prawda jest taka, że nie mam jednej ulubionej. Lubię wiele za ich różnorodność i mnóstwo smaków, które mnie fascynują. Nie jestem już w stanie określić mojej ulubionej, ponieważ mogłabym powiedzieć, że każda nią jest. Oczywiście nie lubię wszystkich potraw z danej kuchni, wybieram te, które odpowiadają moim preferencjom. Dlatego najbardziej uczciwie będzie, gdy odpowiem, że moją ulubioną kuchnią jest kuchnia świata. Podobnie jest z określoną potrawą. Jest ich mnóstwo! Wszystko zależy od tego, na co w danej chwili mam największą ochotę. Stąd też bywają momenty, podczas których moją ulubioną potrawą jest po prostu pajda chleba z podsmażoną cebulką z dodatkiem soli…

Jakie akcesoria najbardziej cenisz w swojej kuchni?

Szpilki haha! Poza tym cenię sprzęty takie jak mikser Kitchen Aid ze swoimi rozmaitymi końcówkami oraz Thermomix, które naprawdę ułatwiają życie i sprawnie służą latami. Poza tymi dwoma głównymi dochodzą oczywiście wszelkie po prostu niezastąpione wręcz talerzyki, szklaneczki, kubeczki, łyżeczki, ściereczki, miseczki itp. itd. Jestem okropną gadżeciarą i kiedy coś mi się wybitnie spodoba to tak długo będę koło tego chodzić, aż kupię :) Staram się jednak zachowywać w tym wszystkim trochę rozsądku i rozwagi, dlatego albo dozuję sobie tego typu przyjemności, albo bardzo niecierpliwie czekam na promocje.

Co poradziłabyś osobom, które boją się eksperymentować w kuchni?

W życiu trzeba ryzykować, aby czegokolwiek doznać, czy cokolwiek poznać. Jasne, że z pewną dozą ostrożności, ale jednak. Myślę też, że ktoś, kto twierdzi, że boi się eksperymentować w kuchni po prostu nie chce tego robić. Jeżeli by mu zależało, to znalazłby sposób, by dostać to, czego chce. Kogoś, kogo kręci eksperymentowanie nie trzeba do tego zachęcać. Wystarczy wskazać mu drogę, o ile jest lekko zagubiony. Resztę odkryje sam za pomocą swojego instynktu.

Prowadzisz swojego bloga także w wersji angielskiej, czy zauważasz jakieś różnice między polskimi i zagranicznymi gastroposzukiwaczami?

Istotne. Osoby, które nie są Polakami z reguły reprezentują wyższy poziom empatii w stosunku do blogerów, bez względu, czy ich znają, czy nie, o szacunku do drugiej osoby nie wspominając. Oczywiście nie jest to regułą i nie każda jednostka przejawia te cechy. Nie zamierzam tu nikogo obrażać, ani nie chcę, by ktoś poczuł się urażony. Jest masa fantastycznych osób w Polsce, które mają szacunek do drugiej osoby, nawet jeżeli to, co prezentuje u siebie na blogu jest sprzeczne z jej wyobrażeniem danego tematu. Stwierdzam jednak ogólnie, na podstawie obserwacji i własnych doświadczeń oraz tego, o czym usłyszałam od innych osób związanych z tą tematyką. Wyjątki zdarzają się wszędzie, panuje jednak dość powszechna opinia, że w Polskiej blogosferze atmosfera często jest po prostu chora. Obcokrajowcy mają znacznie więcej ogłady i nie są tak upierdliwi, bo jakoś cudownie zdają sobie sprawę z faktu, iż blog danego blogera /-ki jest blogiem tworzonym zgodnie z jej / jego zamysłem, a nie z zamysłem osoby go odwiedzającej, w związku z tym co i w jaki sposób jest na nim prezentowane zależy tylko i wyłącznie od wizji i przekonań określonego blogera /-ki. W Polsce ludzie nie zrozumieli jeszcze prostego mechanizmu typu: „Nie podoba się? Wyjdź” (naprawdę nie rozumiem skąd u ludzi tyle skłonności masochistycznych) lub „Coś należy poprawić? Masz własne sugestie i propozycje odnoszące się do prezentowanej na blogu treści oraz formy danego bloga? Napisz o tym w sposób przyjazny, a nie ociekający ironią, pogardą, brakiem kultury, czy brakiem uszanowania być może właśnie takiej, a nie innej wynikającej z różnych przyczyn wizji blogera”.

Jeżeli nie-Polak zauważy coś na blogu, co według niego jest do poprawy to zwykle napisze o tym mailowo w sposób rzeczowy, ale wciąż bardzo miły. Polak za to wpisze komentarz na blogu wielkimi literami, oznajmujący wszem i wobec, jakim to ktoś jest analfabetą, bo pisze się „wiórek”, zamiast „wiórków”. Warto również dodać, że taki Polak w 99% nie podpisze się pod swoimi wypocinami, ale pozostanie anonimowy. Nie są to jedynie moje odczucia. Rozmawiając z innymi blogerkami bardzo często słyszałam też określenia, że w polskiej blogosferze jest mnóstwo zawiści. A kto ją tworzy? No właśnie. Po co wzajemnie mamy utrudniać sobie i tak wystarczająco pokręcone życie, byle tylko ta druga osoba nie miała przypadkiem lepiej od nas? Dla mnie to niedorzeczne. Uważam, że każdy blog jest na swój sposób wartościowy i niepowtarzalny. Każdy bloger i każda blogerka stara się go tworzyć najlepiej jak tylko potrafi. Dlaczego więc nie potrafimy tego doceniać i okazać chociaż odrobiny sympatii? W końcu sami od siebie też możemy się uczyć i wzajemnie wspierać tworząc społeczność, w której każdy będzie się czuł jak u siebie, a nie wyrzutkiem, kimś kto jest gorszy nawet w sumie nie wiadomo z jakiego powodu. Na koniec przykład polskiej zawistnej mentalności: „Hmm co by tu Pani dać? O, Pani tu ma same piątki, to jedna czwórka się przyda.”… Byle tylko przypadkiem ktoś nie miał za dobrze…

Czy masz swojego idola wśród światowej sławy kucharzy. A jeśli tak, to kto nim jest i dlaczego?

Idola nie mam. Nie lubię się ograniczać. Bardzo cenię Nigellę i ją też najbardziej lubię ze wszystkich znanych mi osób profesjonalnie zajmujących się gotowaniem. Ta sympatia bierze się z bardzo prostej przyczyny. Podobnie jak ona uwielbiam oblizywać palce podczas pichcenia, podjadać, kiedy tylko mam ku temu sposobność, czuć się niesamowicie beztrosko w kuchni, czasami być odrobinę niedbałą, czy całkowicie odpłynąć czując aromat oraz smak danej potrawy. W dalszej kolejności wśród moich ulubieńców jest Michel Roux, który zaraża wysublimowaniem i elegancją swoich dań, a Jacques Pépin oraz Gordon Ramsay są osobami, którymi również od czasu do czasu lubię się inspirować. Pépin przede wszystkim dlatego, gdyż swoim akcentem, sposobem bycia i zamiłowaniem do kuchni francuskiej bardzo przypomina mi dziadka. Ramsay natomiast, ponieważ jego niegasnąca pasja i energia podczas przygotowywania poszczególnych potraw działa na mnie niesamowicie mobilizująco, dając naprawdę niezłego kopa. Wychodzę z założenia, że od każdego mogę się czegoś nauczyć, dlatego nie mam jednego kulinarnego guru, ale mieszam odpowiadające mi cechy poszczególnych, by stworzyć własnego, niepowtarzalnego i dostosowanego do moich oczekiwań oraz preferencji.

Jakie są twoje ulubione miejsca na kulinarnej mapie Krakowa?

Kulinarna mapa Krakowa jest dość rozległa i momentami interesująca. Mam kilka swoich ulubionych miejsc, do których wracam regularnie i które lubię polecać innym. Do moich stałych miejsc na kulinarnej mapie Krakowa bezwzględnie muszę zaliczyć Magię, w której jestem stałą bywalczynią przede wszystkim w okresie zimowym, gdy gorąca biała lub ciemna czekolada z marcepanem jest dla mnie wręcz stworzona. Będąc tam polecam również spróbować czekolady z miętą oraz mocno rozgrzewającej – z dodatkiem chilli. Według mnie najlepszą pizzę w Krakowie można zjeść (oprócz tego, że u mnie w domu, rzecz jasna) w Vulcano. Pizza jest bardzo podobna do tych typowo włoskich, które można zakupić praktycznie w każdej mediolańskiej, czy rzymskiej uliczce. Ja osobiście najbardziej lubię tę o nazwie Vulcano właśnie – koniecznie z dodatkiem oliwy. Przepyszne dania serwuje również restauracja Biała Róża oraz restauracja Zielone Tarasy, która oprócz wspaniałych potraw zapewnia także fantastyczny widok na Kraków. Tę ostatnią polecam szczególnie latem, gdy jest już cieplej i można usiąść na tarasie. Tam też, dania tworzone są na bazie sezonowych, głównie ekologicznych produktów, natomiast makarony powstają spod ręki kucharza, a nie maszyn i nie zawierają chemicznych dodatków.

Dla wszystkich tych, którzy mają w sobie choć nutkę artysty polecam wizytę w Bunkier Cafe i rozsmakowanie się w czekoladzie Cuba Choco, która smakuje dosłownie tak, jakby rozpuściło się w filiżance wielkie Bounty lub obłędnie pachnącej i intrygująco smakującej herbacie jaśminowej. Lody zwykle zjadam duże mieszane w rożku (to trzeba dodać, bo w przeciwnym wypadku dostaniesz je w zwykłym według mnie niejadalnym czymś, co rożek ma niby przypominać) u Argasińskich lub spaghetti lodowe Las w Italia Lody Caffe w Galerii Krakowskiej, natomiast na najlepszej kawie mrożonej i koktajlach owocowych można mnie spotkać (znowu) u Argasińskich (kawa koniecznie z dwiema gałkami lodów kawowych i bitą śmietaną!) lub w Mount Blanc w Galerii Krakowskiej. Ze względu na niesamowicie magiczny i nieco teatralny wystrój polecam także Piano Rouge. Zatem… być może do zobaczenia kiedyś w jednym z tych miejsc! :)

Przepisy na tęczowy tort i wiele innych pyszności znajdziecie na blogu Pauliny Just MyDelicious.

1 Comment »

Written by izabela on February 2nd 2012. Category: Food, Kraków, Uncategorized, Wywiady

One Response to “Karmelizowany boczek i czekolada? Proszę bardzo!”

  1. Karol responded on 02 Feb 2012 at 9:27 am #

    Bardzo ciekawe spostrzeżenia i bardzo ciekawa osobowość Pauli.

    Dodaje bloga do obserwowanych :)

Trackback URI | Comments RSS

Leave a Reply